Rok, który minął, nie był tak zabawny, jak choćby 2018, choć obfitował oczywiście w wyjątkowe memy, małe i duże wojenki, a także pierwsze próby zmiany niesprawiedliwego porządku pola literackiego. Po raz kolejny też dało się odczuć pęknięcie między neoliberalnym centrum dużych gazet i programów telewizyjnych a życiem poetyckim, lepionym ze sklejki, działającym w trybie przygodnych hobbystów, oddolnych kolektywów młodzieży oraz ofiarników, którzy idealistycznie poświęcili swój wolny czas literaturze. Tu należą się szczególne podziękowania za lata pasji dla Radka Wiśniewskiego i za kilka ostatnich, niezwykłych lat wydawniczych Anny Matysiak.
Po przeczytaniu około 350 książek dochodzi się do wniosku, że potrzeba pisania w narodzie jest nadal za duża, a margines, na który przelewa się poetyckie ambicje, jest przepastny w stosunku do rozmiarów centrum. Małe wydawnictwa przestają być małymi wydawnictwami, gdy ich tomy zaczynają iść w dziesiątki, ale to nie zmienia faktu, że nie ma tam na ogół nic wartego uwagi, nic, z czym trzeba się w ogóle zapoznawać. Czasem można znaleźć coś ciekawszego w Mamiko, właściwie bez olśnień w Wydawnictwie „FONT” (seria Grupy Literycznej NA KRECHĘ), na ogół bieda w Fundacji Duży Format (której udał się niebywale zeszłoroczny debiut Macieja Bobuli), w Zaułku Wydawniczym „Pomyłka”, w Salonie Literackim, w szczecińskim Wydawnictwie Forma. Niewesoły to obraz i można stracić wiarę w poezję. Ale gdzieś tam, wśród tych setek tomów tak do siebie podobnych, że nie sposób odróżnić ich autorów (i autorek), jest jakieś dające do myślenia zafałdowanie języka, jakaś energia, która wymknęła się z dobrze skonsolidowanego już centrum BL-WBPiCAK-Łódź.

Okołosilesiusowy Bunt i Postulaty Systemowe
Niewątpliwie najważniejszym wydarzeniem minionego roku był okołosilesiusowy bunt debiutantów. Sprawa zaczęła się niewinnie i, jeśli dobrze pamiętam, rozkręcił ją Janek Rojewski, pozyskując kolejno uwagę współnominowanych: Maćka Bobuli i Michała Domagalskiego. U podstaw krył się sprzeciw wobec zbyt wysokich nagród i niesprawiedliwego (czytaj: neoliberalnego) pozostawiania przegranych z niczym. Ostatecznie zmieniło się to w ogólnopolskie i ponadpokoleniowe wystąpienie przeciwko karnawalizacji życia literackiego i podporządkowywaniu go logice festiwalowych gier o władzę i kapitał. Coraz głośniej zaczęto podnosić postulaty o konieczności wprowadzenia systemów stypendialnych zamiast rozstrzygających, wysokich nagród, co z kolei spowodowało drobne starcia z jurorami i beneficjentami obecnego porządku. Żyjemy w Polsce, w kraju, w którym mediana zarobków wynosi 2500 złotych brutto. Dwóch z nas jest nauczycielami, a o zarobkach w tej branży chyba nie musimy państwu mówić, a trzeci pracuje jako freelancer bez widoków na stałe zatrudnienie. Poeta użył trudnego słowa „mediana”, a władze w osobie Jacka Sutryka - chcąc zachować swój wizerunek, bo przecież tylko o niego toczy się ta gra - rozdały pozostałym nominowanym magiczny bonus z nieznanego źródła, żeby medianę podnieść (ostatecznie nikt nie wiedział, jak formalnie zaksięgować „gest” prezydenta miasta).
Spory na Linii „Nowy Napis” i „Brulionu”
Miniony rok był też dalszym ciągiem sporów na linii „Nowy Napis”/Instytut Literatury vs Wszyscy. Najbardziej udzielał się tym razem Jacek Podsiadło, ale sporo radykalnych, niesmacznych gestów poczynił też Marcin Świetlicki (na swojej objazdowej trasie wokół „Ale o co ci chodzi” zachęcając (?) do golenia głów). Radykalizują nam się poeci pokolenia „brulionu”, obudowują się w poczuciu osaczenia (nie bez podstaw zresztą, bo i nagonka na nich spora), a ramy konfliktu ideowego zmieniają skutecznie w konflikt pokoleniowy. Wydaje się to dobrą strategią obronną, bo przecież z młodymi nie warto podejmować dyskusji, a z przeciwnikami politycznymi jednak by można, chyba że u podstaw kwestionujemy demokratyczny model dyskutującego i wypracowującego kompromis ciała społecznego. W końcu przybywa im w sukurs Piotr Śliwiński, który coraz bardziej zaczyna realizować w swojej krytyce topos oblężonej twierdzy, bardziej nawet niż brulionowcy, nie do końca mogąc sformułować argumenty, niespecjalnie też chyba czytając młodą krytykę, ale za to mając bardzo wiele do powiedzenia na jej temat. Ta zaś jawi mu się - jak można się było dowiedzieć z „Tygodnika Powszechnego” - jako zideologizowana, porzucająca literaturę na rzecz krytyki społecznej, stawiająca poezję na baczność, przepuszczająca wszystko przez sito politycznej poprawności, w której nie mieszczą się wielcy pokroju Świetlickiego i Podsiadły. „Mamy nowe ortodoksje, posiedliśmy nowe słowniki prawdy i wykluczenia, więc z ich imieniem na ustach dalejże dyscyplinować i rozliczać; zebrało się śliny, więc trzeba pluć” - takim to poetyckim, jakże udanym przytykiem do antologii zredagowanej kilka lat temu przez Pawła Kaczmarskiego i Martę Koronkiewicz, popisuje się krytyk w owym felietonie. Młodzi dyscyplinują, plując na lewo i prawo, podczas gdy Śliwiński, wespół ze Świetlickim i Podsiadłą, bronią wielojęzyczności literatury? Dobrze. Tymczasem podziwiam kunszt, z jakim w rzeczonym felietonie posługuje się Śliwiński J. Hillisem Millerem, przetłumaczonym zresztą przez jego ucznia, Krzysztofa Hoffmana. Tenże Miller, dekonstrukcjonista jak się patrzy (i nie patrzy), wierny uczeń Derridy, powiada: literatura przetrwa, bo „przecież literatura […] jest wieczna i uniwersalna”. Wiemy doskonale, że ani nie jest wieczna, ani uniwersalna, również dzięki Derridzie, a obecna postać pola literackiego sięga mniej więcej połowy XIX wieku.

Przyszłość Poezji w Obliczu Globalnych Wyzwań
Przed nami czas smogu, ocieplenia klimatu, kolejnych pożarów w Australii, wielkiego wymierania, nasilonej migracji, konfliktów postkolonialnych, zmiany porządku imperialnego na świecie oraz problemów z powszechną prekaryzacją, wynikłe z akumulacji kapitału i postępującego rozwarstwienia w krajach pierwszego świata, ale poezja przetrwa to wszystko. Będą ją dalej pisać biali, sześćdziesięcioletni Polacy, którzy z własnej woli zrezygnowali z funkcji autorytetów intelektualnych mniej więcej trzy dekady temu, lubiący przepijać otrzymane nagrody, od czasu do czasu rzucający jakimś świńskim żarcikiem, kultywujący etos pracy z hut i kopalń z czasów, gdy mieli po dwadzieścia lat, podtrzymujący neoliberalną fantazję o postępie dziejów jako nagrodzie za ciężką pracę jednostek i odtwarzający na potrzeby nowych sporów najprostszy z modeli konfliktu: my-oni. A może nie? Jako krytyk upierający się przy wizji polityczności i wielojęzyczności literatury, ktoś, dla kogo politycznie ufundowane kategorie estetyczne (ktoś się jeszcze łudzi, że „piękno” jest platońską ideą?) są kluczowym polem namysłu nad współczesnymi wierszami, chętnie przystanę jednak na tezę Millera.
Afera z Jackiem Podsiadło: Internetowy Trolling i Jego Konsekwencje
Wróćmy jeszcze do sprawy obywatela JacPo. Jacek Podsiadło odbył szereg karczemno-internetowych awantur, których nie warto nawet relacjonować, a które zaczęły się od jego ataków na publikujących w „Nowym Napisie” Karola Maliszewskiego (tu jednak cios godny Brutusa) i Łukasza Jarosza. Najpierw odbiło się to czkawką podśmiewającemu się Konradowi Górze, potem poskutkowało publicznym kajaniem się Jarosza z akcentem na „wszystkiemu winien mózg zbrodni Roman Honet”, a wreszcie doprowadziło do oficjalnej odpowiedzi dyrektora Instytutu Literatury. Po drodze JacPo zdążył wejść w internetowy trolling (bo trudno to nazwać rozmową) ze sporą częścią młodego środowiska poetyckiego przy wtórze oklasków i wiwatów prawdziwych „ludzi pracy”, co to w latach 90. niczego nie mieli i „wychowała ich ulica”, jako tego rapera, o którym powstał właśnie rodzimy blockbuster. Obecnie, mając już całkiem sporo, wychowankowie ulic i hut piszą o reszcie środowiska, głównie młodszego, choćby tak (chyba warto to zachować dla potomności jako przykład pamfletu z XXI wieku i porównać z antologią „Chamuły, gnidy…” pod red. D. Kochana):
"Husario internetowa, gwardio przydupna herbertgenerała Ruszaja, obrońcy kwartalnika poczętego „Nowy Penis” i jego Wymiernych Wartości kradzionych z publicznych pieniędzy, karły intelektualne, skunksy kulturalne, trolle, muminy, gawiny, gamonie i cała reszto sieciowego planktonu. Fajnie było gościć was tutaj przychodzących w pokoju i prawie przypadkiem z kont Jana Kowalskiego bez ani jednego znajomego, poprawiać wam polszczyznę, szkolić was w zakresie kultury osobistej, dyskutować o wyższości małego nad wysokim, znęcać się nad wami i górować na każdym polu. Niestety, otrzymałem właśnie z Gazety Wyborczej zamówienie na antypolski poemat, który drukowany będzie w codziennych odcinkach, dlatego nie będę miał dla was tyle czasu co do tej pory i zamiast odpowiadać na wasze zaczepki, będę je wypierdalał na peryferie świata ludzi, pięć kilometrów za śmietnik historii, tam się odnajdźcie."
Efektem tych wszystkich działań na linii JacPo-IL było powstanie komiksów, które, korzystając z „Kajka i Kokosza”, za cel obrały sobie „Gawiny i inne elementy poetyckiego planktonu”. W ramach wydarzeń towarzyszących Sławek Płatek postanowił zrezygnować z obecności JacPo w organizowanym przez siebie festiwalu Fala Poprzeczna, czym przyłączył się - chyba trochę niechcący, bo jego stanowisko wobec NN jest raczej pokrewne - do grona wrogów autora tych wszystkich tomów, których tytułów nie pamiętam. Wokół ponownie zyskującego na popularności JacPo zaczęło się tymczasem organizować środowisko dotąd niebywale podzielone, gdyż autor wykreował się na samotnego bojownika, „partyzanta prawdy”, dokładając wszystkim od lewa do prawa. Z całej tej aferki ostanie się np. taki komentarz Leszka Szarugi, świetnego krytyka i poety (również z antynapisowej ofensywy w duchu Mikołowa, ale jednak pozostającego przy zdrowych zmysłach w całym tym karnawale obrazy i odrazy): „Taki moralista wsparty o nie do końca przezeń zrozumiałego Thoreau”.
Afera z JacPo miała jeszcze jedną odsłonę: otóż zgłoszona zupełnie niezależnie do Instytutu Literatury monografia jego twórczości pióra Tomasza Dalasińskiego, poety, ale też literaturoznawcy, została zablokowana, a właściwie miał wycofać ją - przerażony zapewne wzrastającą falą agresji - sam autor, co byłoby kuriozalne (JacPo ocenzurował właśnie akademicką rozprawę o sobie samym, a nie antologię wierszy, do czego nie ma żadnych praw), ale bardzo znaczące. Warto to zapamiętać: w kulturowej wojnie plemion każda wiedza, choćby najbardziej fascynująca i rzetelna, swój autorytet czerpie wyłącznie z miejsca, z którego przychodzi, a tym miejscem nie może być obecnie NN/Instytut Literatury. A skoro tak, to zakładam, że pozostałe 12 monografii z antologiami, które ukazały się w rzeczonym miejscu przez ostatni rok (m.in. o Nowakowskim, Kornhauserze, Odojewskim, poetach „Kontynentów”, Herlingu-Grudzińskim, antologia tekstów Błońskiego) zostanie potraktowanych w podobny sposób - jako „wiedza gorszego sortu”.

Nowe Obyczaje w Sieci i Mechanizm Panoptykonu
EDIT: mimo zgrzytania zębami i lęków nocnych, „Jadąc do ciebie. Publiczne walki Nowych Kombatantów z IL miały jeszcze jedną odsłonę, która pokazuje łatwość dziczenia obyczajów w sieci. Ostatnimi czasy więcej wędrowało po Internecie screenów-donosów, niż miało miejsce rzeczywistych rozmów o sprawach rzeczonych. Rozumiem, że ta potrzeba archiwizowania wszystkiego, a potem dzielenia się tymi archiwami, jakoś tam nas wszystkich definiuje jako ludzi ponowoczesnych, kolekcjonerów doświadczeń, którzy za nic nie chcą utracić swoich galerii zdjęć z hakami na wszystkich innych. Jeśli część środowiska wspomina o sytuacji z „Nowym Napisem” w analogii do partyjnych gier z PRL-u w rozbijanie spójności opozycji (która przecież zawsze wolała się kłócić, bo chyba tylko zamordyzm wytwarza u nas podmiotowość społeczną), i chce analogicznie powoływać „Nowy Wyraz” - być może ma rację. Raz jeszcze to podkreślę: z perspektywy sprekaryzowanych autorów o niepewnych warunkach zatrudnienia, nie tylko pisarzy, ale też wszystkich tych, którzy pomagają podtrzymać jakąś dynamikę tej widmowej rozmowy o literaturze, pójście na układ z NN nie było żadnym pójściem na układ, tylko wyborem zarobku na rzecz braku zarobku (i z tej perspektywy NN nie różni się od „Przekroju”, „Newsweeka”, „Polityki” czy „Dwutygodnika”; kto im odmówił, niech rzuca pomidorki). Inna sprawa jest taka, że o ile za PRL-u donosy nie były jawne, a służby próbowały za wszelką cenę wciągnąć ludzi w system samokontrolującego się społeczeństwa, o tyle teraz nie muszą się specjalnie wysilać. Mechanizm panoptykonu stał się naszym chlebem powszednim, a przy okazji zaczął nam sprawiać radość: bo nikt już nie czuje, że dzieje się coś nieodpowiedniego, że trzeba to ukrywać. Skandaliczne wystąpienia publiczne - bo jednak FB jest miejscem publicznym, wbrew temu, co się wydaje niektórym jego użytkownikom - przestały dziwić. W tym sensie interfejs rzeczywiście przeorganizował ramy debaty literackiej, przystolikowe rozmowy i publiczne manifesty zmieniając w rodzaj samonapędzającej się inby, afektywnego emocjonowania się niczym, stwarzania pozorów realnego świata za pomocą buzujących emocji, przyklejających się lajków i serduszek.
Media społecznościowe psują interakcje międzyludzkie | Jack Symonds | Część 1 z 6
"Betcher-gate" i Antologie Poetyckie: Między Zaangażowaniem a Kontrowersjami
Osobna aferka dotyczyła różnych odsłon czegoś, co można by nazwać ironicznie „Betcher-gate”, a więc autorki tomu „Poza”, która dość nieoczekiwanie została wydawczynią ważnych, pełnych istotnych tekstów, zaangażowanych antologii poetyckich, poświęconych okolicznościowym wydarzeniom („Więzy/więzi”, „Strefa wolna. Antologia wierszy przeciwko nienawiści i homofobii”). Ich tworzenie nie było już jednak takie widowiskowe i zaangażowane, a przede wszystkim profesjonalne, i zdołało (publicznie) zantagonizować część środowiska, w tym samą redakcję. Jako postronny obserwator cieszę się z powstania tych projektów, jako obserwator pola widziałem, ile negatywnych emocji przelało się wówczas przez młodoliterackie gremia. Ale, jak się okazało, wcale nie lepiej wypadła tu kolejna akcja poetyckiego zaangażowania - „Biji Rojava! Antologia wierszy”, podjęta w związku z inwazją wojsk tureckich w Syrii, a redagowana z otwartego naboru przez Patrycję Sikorę, Anię Adamowicz i Jakuba Pszoniaka. Antologia okazała się jednodniówką, zdolną pomieścić tylko 20 tekstów, co z kolei wywołało niemałe oburzenie odrzuconych autorów i autorek i znowu przybrało ramy wojny pokoleniowo-środowiskowej. Sprawę próbował racjonalnie łagodzić (jak zwykle) Radek Wiśniewski, ale jakoś niesmak pozostał, bo to trzecia już w minionym roku akcja antologijna w imię wyższej sprawy, która środowisku odbija się czkawką.
Wiek Poza Wiekami: Zofia Sadowska - Lekarka, Feministka, Bohaterka Opowieści
Ale kłóciło się nie tylko młode pokolenie. Klasycznie mieliśmy do czynienia z wypływaniem na powierzchnię wszystkich patologii naszego środowiska, począwszy od skrajnego niedofinansowania, prekaryzacji lub pracy dla instytucji publicznych pod ogromną presją (zwłaszcza wymieniających się, wszechwładnych władz miejskich i wojewódzkich), po problemy natury osobistej: szowinizm, seksizm i alkoholizm, które w komplecie tworzą mieszankę wybuchową.
Z rzeczy mniej poważnych, które wykraczają poza spory polityczno-oligarchiczne (bo nawet nie ideologiczne), a wciąż dotyczą samej istoty poezji, warto przyjrzeć się historii Zofii Sadowskiej. Jej postać, choć żyjąca w innej epoce, rezonuje z dzisiejszymi problemami społecznymi i dyskryminacją. Właśnie dlatego książka „Dr Sadowska” Wojciecha Szota, opowiadająca o pierwszej polskiej lekarkce z tytułem doktora nauk medycznych w Imperium Rosyjskim, wzbudza tak wiele emocji. Nazwisko tej kobiety miesiącami nie schodziło z pierwszych stron gazet. Dlaczego pierwsza Polka, która w imperium rosyjskim otrzymała tytuł doktora nauk medycznych, tak rozgrzewała emocje warszawiaków i całej Polski? Czy naprawdę chodziło o to, że podobno uwodziła pacjentki i podobno w swoim gabinecie urządzała dzikie orgie?
Zapraszam na spotkanie z Wojciechem Szotem. Książki magazyn do czytania wyborcza PL oraz Audioteka przedstawiają w radiu książki rozmowy o literaturze. Zapraszam Michał Nogaś, dzień dobry państwu. 1002004. To jest Radia Książki, wspólne przedsięwzięcie wyborczej.pl, książek, magazynu do czytania i audio. W których studia gości ma dzisiaj w radiu książki Wojciech Szot. Dzień dobry. Dzień dobry państwu. Czy Michale, będziemy się rozmawiać o debiutanckiej książce Wojtka, pani dr Sadowska? Ale zanim bohaterce i odkrywaniu wniosków, które czytelnik sam może wyciągnąć z lektury po lekturze tej książki, to uwaga natury ogólnej. Okazuje się, że 100 lat po historii, którą opisujesz, to wszystko, co można znaleźć w tej książce, zachowanie pras, ludzi, stosunek do do Zofii Sadowskiej, jakoś się bardzo pasuje do tego, czego doświadczamy dzisiaj. Nie wiemy, jakie my oświadczamy, że doświadczają osoby LGBTQ, zwłaszcza osoby Kuj. Aktualnie chciałbym bardzo konkretnie nazywali grupy, która aktualnie obrywa majestacie prawa i mówi wprost, że ta grupa jest dyskryminowana i w tej chwili urządzana jest rządowa Państwowa nagonka na te osoby, czyli osoby LGBTQ. A jak już to wybrzmiało, to to życie pisze różne zaskakujące scenariusze, które autor fikcji jest przygotowany, a co dopiero autor fikcji non-fiction? Ja nie byłem przygotowany na to, że Zofia Sadowska będzie, może być ma potencjał i konieczności w tych czasach, pisząc książkę, nawet myślę, że bardzo tego nie chce, też coś, czego bardzo nie chciał, żeby teraz ktoś brały na sztandary, bo to zaś taka jak Gracja spłyca, spłaszcza i powoduje, że bohater, bohaterka składką jedno życia. Chciałoby się nadać tym żyć wiele, jak już mam obcować z zmarły w jakim stopniu, ten chciał, żeby też były wielorakie, ale tak nie jest. Z drugiej strony, rozumiem potrzebę i rozumiem, dlaczego dzisiaj właśnie czytając książkę, widzimy inaczej. Ja też nie widzę inaczej, dopiero na etapie redakcji w tym roku zacząłem czuć, że coś tam się dzieje, że to nie jest opowieść o skandalu prasowym, nie jest tylko opowieść o wymazywanie historii, ale jest to też opowieść o mechanizmach homofobicznej przemocy, która jak się okazuje na te same źródła, co w latach dwudziestych, ten sam mechanizm działania. A te źródła to są, jakie? Też to po pierwsze, kościół, to religia, drugim źródłem jest brak wiedzy, brak edukacji seksualnej, w trzecim wyobrażenia mity na temat osób nieheteroseksualnych, czy w ogóle na temat inności, odmienności. Jestem za tym, żeby używać słowa inność, jednych jesteśmy w jakim stopniu inni i to jest też naszą siłą, ale też czymś, czym musimy się mierzyć. Tak, więc to były 3 podstawowe źródła, w czwartym może patriarchat, który do OFE Sadowską, lekarkę, która w Petersburgu ukończyła studia medyczne, zrobiła doktorat i była osobno o dość wyjątkowych umiejętnościach, zdolnościach, działaczką kobiecą przez lata walcząca oprawa kobiet, lekarkę leczącą kobiety z ziemiańskich zamożnych rodów, domów w okolicach Warszawy i Warszawy, już po uzyskaniu przez Polskę niepodległości z pewnością wielu mężczyzn zazdrościło, wielu też miały za złe, wielu mężczyzn nie podobało się to, co robiła i efekcie też sprawa Sadowskiego, który pewnie za chwilę powiemy torysów jest z matematyki patriarchalnych homofobicznych postaw. No i tak, to się zaczęło, a te mity krążące na temat Zawistowski były, jakie? Mitu, bo sporo, zwłaszcza jeżeli chodzi o to, co się dzieje Widom raczej w gabinecie przy Mazowieckiej 7, gdzie Zofia Sadowska wg prasy miała uprawiać orgie, miałaby sprawować swoje pacjentki, narkotykowa się, a efekty doprowadzi do rozpadu małżeństw, święta instytucja małżeństwa wtedy była, tym bardziej święta, że nie było rozwodów państwowych, były rozwody tylko łącznie kościelne, ale też do śmierci kilku osób i o to oskarżono Zofia Sadowska. Oskarżono ją bardzo szerokiej gamy artykułów, opisywane dzieciństwo, jak to młode Zośka udzielała korepetycji tylko najładniejszym uczennicom i za korepetycje czy buziaka, albo podczas lekcji fizyki nagle zgasło światło, znaleziono ją na innej uczennicy. To było takie delikatne jeszcze żarty, ponieważ później pojawił się całe opisy orgii dr Sadowskiej, które ocierały się dzisiaj nawet ocierają o pornografię, a ówcześnie były pornografią, tylko usankcjonowano tym, że opisujemy co jest niby się wydarzyło, ale w wyobraźni dziennikarzy, dziennikarka tamtych czasów ponosi bardzo dalekie regiony, jak dalekie w takiej rozmieszczono te zarzuty właściwie w całości, takie, że można było nabyć prawie wszystko. Nie ochroniły wtedy moje bohaterki i prawa osobiste RODO, takie rzeczy można było podać adres, 10 wiem, że mamy krowy Balbiny lat 7 tabloidy, ale wtedy podawano adresy przestępców, ale też ludzi po prostu oskarżonych. Prasa cokolwiek się każdego, kto występuje w prasie, podawano adres, informowano o życiu bardzo dokładnie, przeznaczając oczywiście na tworzono w ogóle taki portret, zwłaszcza w prasie satyrycznej, która od razu się tego tematu szczypior, no bo jak to baba z drugą babo, to pisano się gala ani to pasza wkład śląskiej, no bo jak to tak może być, żeby także dziś działy, więc prace satyryczne natychmiast nadała taki demoniczny rys. To było takie połączy już dzisiaj mamy dalej w kulturze znaczy lesbijki raczej 2 lesbijek bawiący się ku uciesze heteroseksualnego oka i co ciekawe, to wtedy występowało, a drugi odmienności seksualne, które powoduje, że w tym ktoś jest zły z natury, jest demonem, jest potworem, pomiędzy taką igraszką erotyczną, a demoniczną ością, która powoduje do zabójstw, morderstw oscylował wizerunek Zofii Sadowskiej w prasie tak satyrycznej jak i zwykłej.

Zofia Sadowska: Droga do Niezależności i Walka o Prawa Kobiet
Będziemy wcześniejsze rozmowy słuchać fragmentów audiobooka. Pan dr Sadowska fragment przeczyta, jak i całość przeczytał Filip. Się teraz może posłuchamy pierwszego z nich. Wybory parlamentarne zaplanowano na 26 stycznia 1919 roku. W połowie grudnia 1918 roku Centralny Komitet Równouprawnienia zwołuje zjazd kobiet polskich w sprawie nadchodzącej elekcji. Delegatka organizacji kobiecych spotykają się w sali Towarzystwa Higienicznego przy ulicy Karowej. Oprócz psów i Daszyńskiego, lińskiej, Zofii Morawskiej czy Justyny Budziński Tylicki, przemawia też dr Sadowska, która oferuje o taktyce wyborczej. Nieobojętny jest, jak kobiety zachowają się przy głosowaniu. Zależeć to będzie wszystko od ugrupowań politycznych. Istnieją rzeczy bezwzględne: udział wszystkich w głosowaniu, nie można tworzyć listy ściśle kobiecych, kobiety muszą wejść blok ze stronnictwami demokratycznymi, bardziej lewymi, z którymi łączy wspólność idei. Stwierdza, że na teraz sprawa bloku kobiecego jest najważniejsza. Tak zwane bezpartyjne będą musiały zdecydować na jakąś partię. Uczestniczki zjazdu dochodzą do wniosku, że wszystkie organizacje kobiece podzielą programy społeczne stronnictw demokratycznych i że nie będzie osobnych list kobiecych. Czas pokaże, że rację Sadowska, która mówi na zamknięcie zjazdu: "Miłość ojczyzny każdemu wskaże, kogo wybierać, żeby mieć Polskę wolną, szczęśliwą". "Obecny ucisk klasy pracującej ustanie, ale dlatego wszystkie klasy muszą ponieść pewne ofiary". W działalność bloku kobiecego tak naprawdę aktywnie była zaangażowana garstka kobiet. Wiele dopisanych do listy nazwisk to były po prostu żony polityków czy przedsiębiorców, do cichych, a jakże użytecznych pracowniczych społecznych zwracają się prawie wszystkie ugrupowania startujące w wyborach. "Kobieto Polką, katoliczką Włoch ściankę krzyczą ulotki". Rozpoczyna się walka na afisze, ogłoszenia, hasła: "Pamiętajcie, że nas jest więcej niż mężczyzn i że głosy nasze zadecydują o przedstawicielstwie narodu polskiego". Piszą republikański narodowa organizacja wyborcze kobiet polskich przypomina, że "każda kobieta leniwa, która w dniu 26 stycznia nie da do urny wyborczej swego głosu, służy Żydom i szerzy anarchię". "Mogliście się dzisiaj za ojczyznę, to teraz iście tłumnie do urny!" - wzywają ulotki środowisk narodowych, chrześcijańskich. Obie frakcje zgadzają się stwierdzeniem, że "kobiecie polskich chrześcijan katoliccy nie wolno być w tej chwili obojętne ani bierną, a sprawiedliwość tylko wtedy będzie górą, gdy w sejmie radzić będą rodacy chrześcijanie i polscy wierni synowie naszej matki Polki". Zagrzewa do walki niejaki Szymon znad Warty, wspominając już o cudach ojczyzny. Pierwszy komitet wyborczy kobiet, dowodzony przez żydowską, wpisuje do programu hasło "postęp, wolność i pracę". 4 stronicowa ulotka wydana przez komitet nawołuje: "Kobiety polskie, idźcie tłumnie do urn wyborczych, głosujcie zgodnie z artykułu". W środku zachęcają do głosowania, wszystkie są podpisane przez mężczyznę. Władysław Grabski, publicysta, który w czasie wojny podobnie jak Sadowska mieszka w Piotrogrodzie, bardziej grozi niż zachęca: "Już my sami postaramy się o to, aby w regulowaniu spraw życia publicznego nie zwyciężało to, co złe jest kobiecie". Na szczęście złem kobiecie nazywa zabieranie się przyrodzonych instynktów, które są potrzebne, bo pozbawieni mężczyźni budowali gmachy państwowe i może dlatego właśnie jest w nich tak duszno, ciemno, chłodno. Pod koniec grudnia 1918 roku ukazuje się ulotka informująca, że 3 ugrupowania: Stronnictwa Narodowo-Radykalne, Zjednoczenie Stronnictw Demokratycznych i Pierwszy Komitet Wyborczy Kobiet utworzyły Centralny Demokratyczny Komitet Wyborczy. Ktoś pospieszył, bo "Kurier Warszawski" publikuje list otwarty Zofii Sadowskiej wobec ogłoszenia w pismach na murach miasta odezwy Centralnego Demokratycznego Komitetu Wyborczego z podpisem Pierwszego Komitetu Wyborczego Kobiet: "Zmuszona jestem oświadczyć, że stało się to bez mojej wiedzy. Przed wyjazdem swym nauczyć do Włocławka dała piśmie inną upoważnienie 2 delegatów klubu tylko dla omówienia miejsca dla kandydatki klubu na liście Zjednoczonych Stronnictw Demokratycznych, stosunków zaś klubu do istniejących grup politycznych zadecydować walne zebranie zwołane na dzień 3 stycznia 1919 roku". Podpisano: Przewodnicząca Pierwszego Komitetu Wyborczego Kobiet, Zofia Sadowska. Okazuje się, że pospieszyły się pani Hanna Michalska i Zofia Stankiewicz, który samowolnie zgłosiły akces organizacji. Specjalna uchwała komitetu głosi: "Treść listu otwartego przewodniczącej dr Sadowski. Walne zebranie w zupełności potwierdza. Członkini stoją na stanowisku Narodowym. Działalność swoją określają jako bezpartyjną, mającą na celu jedynie drogi polityczne kobiet". Większość Polaków Polek idzie do urny 26 stycznia. Tylko w kilku powiatach głosowania odbędą się w kolejnych miesiącach. Najwięcej głosów zdobywa Narodowy Komitet Wyborczy. Stronnictw demokratycznych, Centralny Demokratyczny Komitet Wyborczy do Sejmu nie wchodzi. Tym samym grup postępowanie działaczek feministycznych znajduje się poza parlamentem. Zofia Sadowska nie kandyduje.
Pan dr Sadowska i Wojciech Szot dzisiaj. Wg książki tak brzmi ta książka, czytana przez chwilę i tak się kolejne fragmenty. W dalszej części audycji operujemy samego początku imieniem, nazwiskiem swojej bohaterki. Pewne fakty już przedstawiliśmy, przecież jest także zapewne słuchają nas osoby, które o Zofii Sadowskiej niczego jeszcze nie wiedzą lub słyszały dziś bardzo przelotnie, nie miały rynku swoje książki, więc może teraz dla tych, którzy dopiero zdobywają wiedzę, zacznijmy od początku. Zofia Sadowska wzięła się, skąd? Z FSO oskarżyły się czuje każdy z nas bierze. Urodziła się w Warszawie 1800 osiemdziesiątym szóstym lub siódmym roku. Jest akurat taki najgorszy moment dla biografa, który do końca potrafi ustalić rok urodzenia swojej bohaterki. Ona sama po 2890 w dokumentach, od czasu drugiej wojny światowej urodziło się w dość takiej przeciętnej rodzinie warszawskiej, ale co było w tej rodzinie wyjątkowy, to, że zawsze była jedynaczką. Postawiono na edukację i pozwolono jej wybrać sobie tę edukację i pojechać z działaczką edukatorką sen z sobą Morawską do Petersburga, by podjąć studia. No to była wyjątkowa sytuacja, ponieważ kobiety rzadko wtedy jest w ogóle były dopuszczane do studiów oficjalnie, ale też rzadko kiedy miały środki i siły i wsparcie rodziny, żeby test rodziny czy innych osób, żeby te studia podjąć. Zofia 11 do Petersburga do fińskiego Instytutu medycznego przy Akademii wojskowej i tak jak wcześniej PIN-em tam kończy studia aż z doktoratem. Między czasie angażuje się działania związków kobiecych, które powstają w Warszawie, zakłada też związek w Petersburgu, jeździ na zjazdy kobiet, działa też w organizacjach studenckich, które zawsze te dotychczas były takie troszkę pół oficjalnymi, bo podziemnymi organizacjami, które jednak walczyły z zaborcą. Zawiodła angażowała się walkę o prawo samostanowienia Polski Polaków. Już w nowo odzyskanej ojczyźnie, gdy tylko wybucha pierwsza wojna światowa, urzędnicy czternastym roku Zofia rzuca Połom, który przyjmuje jako lekarz kąpielowy uzdrowiskowych. Mówi się lekarz kąpielowy, jedzie do Petersburga, gdzie za chwilę jest fala bieżeńców, czyli uchodźców Warszawy, bóle Polski, terenów Królestwa i pomaga tym ludziom, organizujące cało cały sztab sanitarne medyczne w Petersburgu. Tam kilkaset osób dziennie przyjeżdża pociągami bardzo różnym stanie, zwłaszcza dzieci niedożywionych, chorych, ale też osób dorosłych i OFE zarządza tą pomocą w Petersburgu. Z różnych informacji, które co na ten temat wiadomo, że zawsze działa tam też Reks organizacja walczących właśnie odzyskanie przez Polskę niepodległości. No to koniec końców 1918 roku, 11 listopada to Zofia Sadowska razem z 2 paniami, 2 działaczami ląduje upił ludzkiego, którego przechodzi z petycją o to, że kobiety chcą mieć prawo wyborcze i marszałek się zgadza, co prawda odrzucających taki właśnie z tych żart, który przez książce, ale zgadza się i profesor dostaną z pewnością do sporu włożyła wysiłku w to, żeby Polska była jakaś tam sobie była, to była, ale była. Wybucha wojna polsko-bolszewicka 19, zaangażowała w pomoc żołnierzom razem z klubem w ślad, który tak bardzo prężnie działa na tym froncie. Tak wygląda rozwój, jakby Zofii Sadowskiej, przyspieszonym tempie od dzieciństwa do dorosłości, już w Warszawie mieszka w Warszawie i leczy.
I czy dobrze mi się podoba to określenie Włosi z tym, że można jakoś rozwinąć? Marszałek powiedział, że może zgadzać na tę propozycję działaczek, no ale mam nadzieję, że pierwszym wnioskiem, jaki będzie w sejmie z ich strony, ze strony ewentualnego stolica kobiecego, nie będzie to samo zrobił koleżanki Finlandia. Koleżanki Finlandii, pierwszy wniosek, jak i złożyły, był taki, żeby uchwalić prohibicja, co też pokazuje akurat jest brutalne, ponieważ to pokazuje, że o co chodziło w fińskim posłankom, w fińskim posługa chodziło przemoc domową, która rośnie tak wraz z alkoholem, więc ten żart nie muszę patrzeć jego genezie mówi dość przerażających czasach, gdzie mężczyzna dalej był panem władcą dam. Oczywiście nie wykaże, że domy były domy inte…
Postaci i Inscenizacje Teatralne:
- Błazen Pierwszy
- Reżyseria: Adam Hanuszkiewicz
- Teatr: Teatr Studyjny '83 im.
- Leszcz
- Reżyseria: Eugeniusz Korin
- Teatr: Teatr Studyjny '83 im.
- Syfon
- Reżyseria: Waldemar Śmigasiewicz
- Teatr: Teatr Powszechny im.
- XX
- Reżyseria: Jan Błeszyński
- Teatr: Teatr im.
- Błazen
- Reżyseria: Andriej Konczałowski
- Teatr: Teatr na Woli im.
Nagrody i Wydarzenia Artystyczne:
- "A mi to rybka!" - 33. Kaliskie Spotkania Teatralne - Festiwal Sztuki Aktorskiej, Kalisz - Nagroda dla młodego aktora.
- Za rolę onego - Kaczo, Teatr Ochoty - Ośrodek Kultury Teatralnej, Warszawa.
- Premiera w Gdańsku - IX Festiwal Dobrego Humoru - nagroda w kategorii "najlepszy aktor komediowy" - za udział w programie "IV Sopocka Noc Kabaretowa" w reż.
- Rzeszów - 8. Teatr Powszechny im.
- Rzym. Zamość. Internet. 6 ról na 60. urodziny.
- Cezary Pazura. Warszawa. Warszawa.
- Opracowanie: Gdynia. Ogłoszono składy jury 45. Lublin. Płock. Kraj.
- Powstaje film kinowy o życiu św. Chełm. Gdynia. Poznań. Teatr TV. Tarnów. Warszawa. Wrocław. Rzeszów. Warszawa. Warszawa. Lublin. Katowice.
- Po co Cezaremu Pazurze nasz PESEL? Łańcut. Szczecin. Szczecin.
- Pazura, jak znajdowałeś na to wszystko czas? Gwiazdy świętowały jubileusz Pazury w Ergo Arenie! Poznań. Katowice. Inowrocław-Bydgoszcz. Warszawa. Inowrocław-Bydgoszcz. Warszawa. Elbląg. 10. Warszawa. Bydgoszcz. Łódź. Warszawa. Łódź.
- Bo przecież to Depp! A Deppa się nie dubbinguje… Chwała aktorom! Irlandia.
- Inf. Janów Lubelski. Andrzej Z. Londyn. Gdańsk. Warszawa. Warszawa. Warszawa. Warszawa.
- Po co grać Hamleta? U nas trzeba kombinować! Gdańsk. Kraków. Warszawa. Wrocław. Toruń. Warszawa. Warszawa. Warszawa. Warszawa. Kożuchowska i Pazura są naj! Warszawa. Rzeszów.
To był wieczór ważny nie tylko dla samej autorki prac, ale i dla wszystkich, którzy przyszli wspólnie świętować jej pierwszą indywidualną wystawę. Już sam tytuł ekspozycji wyznaczał ramę tego wydarzenia: osiemnaście prac na osiemnaste urodziny. W ten sposób artystyczna prezentacja stała się jednocześnie osobistym znakiem przejścia w dorosłość. Na wernisażu nie brakowało serdecznych słów, uśmiechów i emocji. Wokół Oliwii Rychlik zgromadzili się bliscy, ale też osoby związane z lokalnym środowiskiem - nauczyciele, artyści i mieszkańcy Pasymia. Obecność tak wielu gości pokazała, że to wydarzenie miało wymiar większy niż tylko prezentacja prac. Organizatorzy podkreślili, że był to szczególny wieczór - nie tylko ze względu na samą wystawę, ale również dlatego, że stał się on symbolicznym wejściem Oliwii w dorosłość. „Mała ja” wybrzmiała więc nie tylko jako tytuł ekspozycji, ale też jako osobisty znak czasu: spojrzenie na siebie, swoją wrażliwość i moment, w którym kończy się jeden etap, a zaczyna kolejny. Właśnie dlatego wydarzeniu towarzyszyło tak wiele wzruszeń. Jednym z najmocniej zapamiętanych akcentów wieczoru był tort. Dla Oliwii Rychlik był to pierwszy krok. Dla obecnych - okazja, by towarzyszyć jej w ważnym, osobistym i artystycznym momencie.
Tagi: #skecz #konczacy #sie #syfon