Written by: aktualnosci

Stanisław Grzesiuk: Historia i Dziedzictwo Niezwykłego Warszawiaka

Stanisław Grzesiuk to postać, która na stałe wpisała się w historię Warszawy, szczególnie poprzez swoje barwne wspomnienia i piosenki, które uchwyciły ducha tamtych czasów. Choć jego życie było naznaczone trudnościami, wojną i powojenną rzeczywistością, pozostawił po sobie dziedzictwo, które wciąż rezonuje z czytelnikami i słuchaczami. Jego twórczość to nie tylko opowieści o przedwojennej i wojennej stolicy, ale także świadectwo niezłomności ducha i przywiązania do rodzinnego miasta.

Fabryka Owadów - Niezwykłe Przedsięwzięcie w Sercu Miasta

Współczesna Warszawa kryje w sobie wiele niespodzianek, a jedną z nich jest bez wątpienia Fabryka Owadów. To miejsce, które powstało z pasji Jakuba Urbańskiego, właściciela i szefa tej nietypowej inicjatywy. Fabryka, mieszcząca się na piętrze budynku w otoczeniu biur i nawet klubu bokserskiego, stanowi unikat na skalę kraju, będąc praktycznie monopolistą w swojej dziedzinie. Produkty tej niezwykłej fabryki znajdują nabywców w całej Polsce, a brak konkurencji i ciągły napływ zamówień świadczą o sukcesie tego przedsięwzięcia.

Fabryka Owadów - wnętrze

Zawód, który uprawia Jakub Urbański, wymaga nie tylko pasji, ale z pewnością także odwagi i serca. To przekonanie towarzyszyło autorowi artykułu podczas zwiedzania miejsca, które z profilu działalności nazwane zostało Fabryką Owadów. Mimo nietypowego sąsiedztwa, lokatorzy budynku, w tym bokserzy, nie skarżą się na owadzie towarzystwo. Wręcz przeciwnie, po treningach często korzystają z pryszniców w pobliżu, nie okazując strachu przed robakami.

Pytanie o ewentualne "ucieczki" owadów po budynku spotkało się z odpowiedzią, że zdarzają się one jedynie w obrębie samej fabryki. Drzwi są szczelne, a po ich przekroczeniu natychmiast wyczuwalna jest zmiana klimatu - nagle staje się wilgotno i ciepło, a w powietrzu słychać odgłosy biegania, skakania i tupania owadów.

Jakub Urbański, przesympatyczny właściciel, z entuzjazmem opowiada o swojej firmie, co świadczy o jego zaangażowaniu i doświadczeniu w przekazywaniu informacji, zwłaszcza że odwiedzali go już dziennikarze i ekipy filmowe. W firmie zatrudnionych jest dziesięć osób, w tym ośmiu mężczyzn. Decyzja ta nie wynika ze strachu pań przed owadami, lecz z praktycznej potrzeby - pojemniki z owadami są ciężkie i wymagają częstego przenoszenia. Wszyscy pracownicy uwijają się jak mrówki, sprawnie realizując liczne zamówienia.

Głównymi odbiorcami owadów są ogrody zoologiczne i prywatni hodowcy, którzy nabywają je głównie jako pokarm dla jaszczurek, żab czy pająków, a także do celów hodowlanych. Pojawia się również nowa grupa klientów - restauracje. Jakub pokazuje kolejne pomieszczenia, w których od podłogi po sufit ustawione są plastikowe pudła z owadzią menażerią. Właściciel żartuje, że są "najlepszym klientem Ikei", ponieważ szwedzkie pudełka na drobiazgi idealnie sprawdzają się jako terraria. Owady żyją w nich wśród ziemi, kory drzewnej, liści i foremek do transportu jajek. Ich dieta opiera się głównie na owocach, co przekłada się na ogromne zużycie jabłek w fabryce. Wodę otrzymują w postaci galaretki, aby zapobiec przypadkowym utonięciom.

Wśród mieszkańców fabryki znajdują się między innymi: świerszcze, karaczany, karaluchy, modliszki, drewnojady, muszki i mączniki. Niektóre z tych stworzeń zachwycają pięknem, potrafią świecić lub śpiewać, inne zaś mogą wywołać zdumienie swoim wyglądem. Autor z fascynacją obserwuje stonogi, zwracając uwagę na ich "przyjazne pyszczki", a modliszki przyglądają mu się z zaciekawieniem.

Oprócz działalności komercyjnej, Jakub Urbański angażuje się w zajęcia charytatywne dla dzieci, podczas których stara się przełamać stereotypy dotyczące owadów, pokazując, że nie są one tak straszne, jak się powszechnie uważa. Szczególnie dzieci w wieku 4-5 lat wykazują się brakiem strachu, bawiąc się z owadami i nadając im imiona. Organizowane są także warsztaty kulinarne, gdzie owady odgrywają główną rolę. Fabryka użycza również swoich podopiecznych do filmów i sesji zdjęciowych - jeden z owadów zagrał nawet w teledysku zespołu Hate.

Niektóre stworzenia w Fabryce Owadów mieszkają czysto gościnnie, jak na przykład pająki (ptaszniki) czy młody kameleon. Plany na przyszłość właściciela obejmują dalszy rozwój firmy, a zarobione środki zamierza przeznaczyć na ukochane podróże egzotyczne, z których przywozi nowe gatunki owadów. Autor wspomina przygodę z Nambii, gdzie właściciel wywołał panikę w bazie namiotowej, trzymając świeżo znalezione karaluchy w słoiku we wspólnej toalecie. Ciekawe przygody towarzyszyły mu również na przejściach granicznych, gdzie celnicy mogli otwierać pudła pełne tupiących karaczanów wielkości dłoni.

Wśród eksponatów fabryki znajdują się również wielkie drewniane rzeźby-słupy z Papui, stanowiące kolejną pasję właściciela. Mimo upływu czasu spędzonego w tym niezwykłym miejscu, autor rezygnuje z dalszego przeszkadzania pracownikom, którzy wykonują swoje obowiązki. Robi zdjęcia, a owady wdzięcznie pozują. Jakub Urbański sprawnie bierze je na ręce, uspokajając pytania o ich agresywność - żaden z nich nie jest niebezpieczny dla ludzi i są to stworzenia pokojowo nastawione.

Niesamowite Owady

Warszawska Komunikacja Miejska - Codzienny Teatr Absurdów

Podróżowanie komunikacją miejską w Warszawie to często doświadczenie, które może przypominać scenariusz z filmu, pełnego dynamicznych zwrotów akcji i barwnych postaci. Już od samego początku, na przystanku, rozpoczyna się swoista gonitwa do drzwi autobusu, gdy tylko się zatrzyma. Nikt nie czeka na wysiadających, a pierwsze kroki pchają się na próg, tworząc niepotrzebne zatory. Nawet gdy pasażerowie chcą wysiąść, wpychający się stają się niecierpliwi, blokując przejście.

Po zajęciu miejsca, jeśli autobus jest w miarę pusty, rozpoczyna się poszukiwanie ulubionych siedzeń - najlepiej nie tyłem do kierunku jazdy, po określonej stronie, a najlepiej podwójnych, aby móc położyć obok torbę lub psa. Gdy autobus jest już pełny, napotykamy na "mur" - ludzi stojących stłoczonych przy wejściu, zasłaniających kasownik. Mimo że w głębi autobusu może być zupełnie pusto, nikt nie chce się przesunąć, tworząc wrażenie, że w grupie raźniej.

Po przebiciu się przez te "komunikacyjne układy", można zająć miejsce, które z pozoru wydaje się przyjemne. Jednak już po chwili okazuje się, że ktoś musi złapać się uchwytu tuż przed naszą twarzą, a inna osoba ma problem z dłońmi, ciągle lądując na naszej. Czytanie gazety przez ramię staje się niemożliwe, gdy współpasażer zdecydowanym ruchem zamyka strony.

Do tego dochodzi ścieżka dźwiękowa - od "Ody do radości" po Vivaldiego, przerywana przez rozmowy telefoniczne, w których pasażerowie relacjonują swoje problemy gastryczne, spółdzielcze, rodzinne i towarzyskie. Szczególnie żywe są historie dwóch nastolatek, rozmawiających z kolegą Piotrasem. Z nadmiaru tych emocji robi się gorąco i duszno, a próba otwarcia okna napotyka na przeszkodę - są one zablokowane z powodu włączonej klimatyzacji i obawy przed "zawianiem" przez innych pasażerów.

Podróż do pracy kończy się rytuałem wysiadania, gdzie ponownie trzeba minąć się z tymi, którzy nie mają czasu czekać i wsiadają jednocześnie z wysiadającymi. Dopiero gdy znajdziemy się na zewnątrz, możemy poczuć ulgę.

Warszawa w Oku Artystów: Od Bowie do Red Hot Chili Peppers

Warszawa, jako miasto o bogatej historii i unikalnym charakterze, wielokrotnie inspirowała artystów z całego świata. Jednym z najbardziej znanych przykładów jest David Bowie, który podczas podróży z Japonii do Anglii, postanowił odwiedzić stolicę Polski. Koleją transsyberyjską dotarł do Moskwy, a następnie wsiadł do pociągu Ost-West Express relacji Moskwa-Paryż, który miał postój na dworcu Warszawa Gdańska.

David Bowie podczas wizyty w Polsce

Bowie przyjechał do Warszawy prawdopodobnie w czwartek 3 maja. Miał niecałą godzinę na spacer po okolicy, kierując się w stronę Żoliborza i placu Komuny Paryskiej (obecnie plac Wilsona). Tam odwiedził księgarnię, gdzie zakupił kilka płyt, w tym album zespołu "Śląsk" z utworem "Helokanie". Stolica Polski musiała zrobić na nim duże, choć zarazem smutne i przygnębiające wrażenie. Bowie nagrał utwór "Warszawa" z Brianem Eno, a środkowa, wokalna część piosenki prawdopodobnie opiera się na motywie z "Helokanie". Piosenkarz śpiewa w niej w wymyślonym języku, a utwór ten zafascynował go jako symbol nadziei wśród zniewolenia. Płyta "Low", na której znalazła się "Warszawa", ukazała się w styczniu 1977 roku i została uznana za przełomową w dorobku muzyka. Na jej cześć młodzi muzycy punkowi z Manchesteru nazwali swój zespół Warsaw, który później został przemianowany na Joy Division.

Innym przykładem artystycznego zainteresowania Warszawą jest zespół Red Hot Chili Peppers. Podczas swojej ostatniej, światowej trasy koncertowej, zespół wystąpił 27 lipca na warszawskim Bemowie. Basista grupy, Flea, w pewnym momencie koncertu zwrócił się do publiczności, mówiąc: "Warszawo, to jest tylko mały kawałek piosenki, którą napisał ktoś inny, piosenki, która jest dla Warszawy". Choć szczegóły tej wypowiedzi nie są w pełni jasne, świadczy to o pozytywnym odbiorze stolicy Polski przez członków zespołu.

Zegarmistrz z Grzybowskiej 46: Opowieść o Przeszłości i Zgorzknieniu

Kamienica przy ulicy Grzybowskiej 46, jedyna ocalała po tej stronie ulicy wśród bloków Żelaznej Bramy, była świadkiem historii wielu ludzi, a jej ostatnim lokatorem, o którym mowa w tym artykule, był zegarmistrz. Autor po raz pierwszy odwiedził jego zakład w 2005 roku, zaintrygowany krzyżem na wschodniej elewacji domu. Zegarmistrz, wysoki, starszy pan, na pierwszy rzut oka nie sprawiał wrażenia osoby sympatycznej. Jego zakład, wyglądający jak z filmu, z wysokimi, pokrytymi sadzą ścianami, regałami pełnymi zakurzonych zegarów i mrocznym wnętrzem, przenosił w czasie o sto lat wstecz.

Stary zakład zegarmistrzowski

Po pretekstem naprawy starego zegarka, autor rozpoczął rozmowę z zegarmistrzem. Okazało się, że mężczyzna, urodzony i wychowany na warszawskiej Pradze, nie ukończył szkoły z powodu wojny. Los rzucił go do obozu, gdzie dzięki znajomości zegarmistrzostwa, ratował życie, naprawiając czasomierze dla Niemców. Niestety, w wyniku uderzenia kijem w kręgosłup, doznał paraliżu ręki, co w tym zawodzie było katastrofą.

Zegarmistrz był człowiekiem rozczarowanym życiem, pełnym goryczy i niechęci do ludzi. Klął na Niemców, Żydów, Rosjan, ale także na biznesmenów, polityków i masonów. Zgorzkniały przewidywał zburzenie kamienicy, aby ułatwić dojazd do budowanego wówczas Hiltona i poszerzyć ulicę Grzybowską. Wspominał z żalem o człowieku, który walczył w bitwie o Anglię, mieszkającym w tym domu, a którego nikt nie pamięta.

Podczas kolejnych wizyt, zegarmistrz znajdował nowe usterki w zegarku autora, zachęcając go do wydania kolejnych pieniędzy. Mimo braku innych klientów, w gablotach stały dziesiątki zegarów, których właściciele nie odebrali przez lata. Zegarmistrz, zgorzkniały, stwierdził, że już nic nie przyjmie bez opłaty z góry.

Autor polubił tego "wolskiego" zegarmistrza, mimo jego szorstkiej powierzchowności, widząc w nim "poczciwą warszawską duszę". Nie chciał robić zdjęć w środku, aby nie sprawić, by mężczyzna poczuł się jak eksponat muzealny. Niestety, pewnego dnia zniknęły wszystkie zegary i szyld, wymieniono witrynę na plastikową, a wnętrze odmalowano na biało. Zniknął również krzyż z elewacji. 12 września 2025 roku rozpoczęto rozbiórkę kamienicy, zgodnie z przewidywaniami zegarmistrza.

Stanisław Grzesiuk: Firma, która Przetrwała Lata

Firma "Zakład Remontowo-Budowlany Stanisław Grzesiuk" została założona 30 maja 1988 roku i przez wiele lat działała przy ulicy Mańkowskiej 27 w Warszawie. Główną działalnością firmy były roboty budowlane budynków. Obejmowały one również roboty związane ze wznoszeniem budynków mieszkalnych i niemieszkalnych, rozbiórkę i burzenie obiektów budowlanych, przygotowanie terenu pod budowę, a także wykonywanie instalacji elektrycznych, wodno-kanalizacyjnych, cieplnych, gazowych i klimatyzacyjnych. Działalność firmy została zawieszona od 1 maja 2022 roku.

Budynek mieszkalny z lat 80. XX wieku

Gdynia i "Krvava Kobasica": Smaki i Wspomnienia z Przeszłości

Wspomnienie "Krvava Kobasica" pojawia się w kontekście zajęcia piwnicy w Gdyni (Partyzantów) w latach 40. XX wieku. Ojciec autora opowiadał, że przed nim mieszkał tam jakiś szabrownik, pozostawiając dziesiątki puszek z "Krwawą Kubasicą" i jeszcze więcej egzemplarzy tego produktu. Po otwarciu puszek… historia ta pozostawia niedopowiedzenie, sugerując być może nieprzyjemne doświadczenie związane z zawartością.

Bratniak i Studenckie Życie w PRL-u

Wspomnienie "ceglanego" Bratniaka, przy ulicy Budy, przywołuje obraz budynku, który w latach studenckich autora pełnił wielorakie funkcje. Na parterze mieściła się stołówka studencka i kawiarnia "Kwadratowa". Stołówka, ze względu na swoje położenie na terenie uczelni, miała duże znaczenie. Autor domyśla się, że dzisiejsze menu i estetyka tej jadłodajni znacznie odbiegają od ówczesnych, siermiężnych warunków, choć ceny posiłków mogły być wówczas niższe, pozwalając studentom na spożycie obiadu, a nawet zabranie do akademika dowolnej ilości chleba.

Budynek przez wiele lat był domem mieszkalnym dla rodziny autora. Początkowo zajmowali niewielki pokój na piętrze, później, po narodzinach synów, uzyskali większy pokój. Pokoje nie posiadały instalacji sanitarnych, które znajdowały się na początku korytarza - jedno pomieszczenie służyło jako kuchnia, a drugie jako toaleta. Gdy rodzina się powiększyła, pokój został podzielony, a mała część kuchenna pozwoliła na rezygnację ze wspólnej kuchni. Powstały przedsionek służył jako warsztat i miejsce montażu pierwszego odbiornika telewizyjnego.

Spółdzielnia studencka na pierwszym piętrze zajmowała się produkcją plastikowych krawatów i świec, co powodowało, że korytarz wypełniała nieznośna woń. Pracownicy i administracja spółdzielni tworzyli zgrany zespół, łączący trudy pracy z częstymi "bibami". Hałas z kawiarni "Kwadratowa" i awantury bywalców zakłócały spokój mieszkańców.

Na drugim piętrze mieszkał przyjaciel autora, Zenek T., wraz z małżonką i dwójką dzieci. Zenek, pracownik Katedry Wysokich Napięć, miał dwuizbowe mieszkanie z własną umywalką, ale z małymi okienkami. Sąsiadem Zenka był ogrodnik PG, pan Dz.

Lębork: Lata Powojenne i Losy Mieszkańców

W roku 1947 stacjonujące w Lęborku wojska sowieckie przystąpiły do opuszczania miasta. W pierwszej kolejności opuszczono budynek przy ulicy Zwycięstwa, następnie koszary przy ulicy Toruńskiej, a na końcu duże koszary pod lasem.

Incydent z udziałem młodych ludzi polegał na zdetonowaniu trotylu pod płotem koszar podczas uroczystego apelu pożegnalnego wojsk sowieckich. Wybuch spowodował zamieszanie, a patrole godzinami szukały dalszych "bomb" i "dywersantów". Wraz z bratem, bracia zdołali zabrać z terenu opuszczanych koszar kilka łupów, w tym rewolwer wojskowy z nabojami oraz dwie radiostacje polowe. Niestety, obie radiostacje zostały skonfiskowane przez WOP-istów.

Wspomniane są także losy Polaków będących formalnie obywatelami sowieckimi, którzy byli zabierani przez NKWD do Rosji. Polskie władze nie udzieliły im pomocy, a informacje o takich osobach NKWD uzyskiwało od UB lub "życzliwych" sąsiadów. Wiele osób musiało się ukrywać, aby uniknąć wywózki.

Wysiedlanie Niemców z Lęborka i okolic do poszczególnych stref w okupowanych Niemczech rozpoczęto jesienią 1945 roku. Szeroko zakrojone wysiedlenia nastąpiły w połowie roku 1947, kiedy to z bocznicy towarowej lęborskiego dworca kolejowego odprawiane były do Niemiec liczne transporty kolejowe z niemieckimi mieszkańcami. Wielu kolegów autora zarabiało na "świadczeniu usług transportowych", pomagając Niemcom w przewożeniu ich mienia na dworzec. Proceder ten był jednak wstydliwy i nieprzychylnie oceniany przez polskich osiedleńców.

Warunki wysiedlania Niemców różniły się od dramatycznych wysiedleń Polaków z Wielkopolski czy Zamojszczyzny. Niemcy powinni być powiadomieni o wysiedleniu 24 godziny przed opuszczeniem domów i mogli zabrać jedynie bagaż ręczny. W rzeczywistości zabierali często zawartość załadowanych powozów konnych. Niemcy, tzw. Vertriebene, uskarżają się w swoich wspomnieniach na wywózkę w warunkach "nieludzkich", w "wagonach bydlęcych", zapominając, że w tamtym czasie także polskie pociągi pasażerskie często kursowały z wagonami towarowymi.

W roku 1946 pojawiły się w pobliżu auta z alianckimi i sowieckimi oficerami, którzy przybyli w celu zabrania do Niemiec niemłodej Niemki, byłej właścicielki fabryki beczek. Zamożny reemigrant z Anglii utworzył w opuszczonych halach fabrycznych przy ulicy Zwycięstwa wytwórnię walizek, tornistrów i torebek damskich, która prosperowała, dając zatrudnienie dziesiątkom lęborskich osiedleńców. Po niewielu miesiącach właściciel został obłożony domiarami podatkowymi, a fabrykę "uspołeczniono".

Po uzupełnieniu podstawowego wykształcenia, pojawiło się pytanie o dalszą edukację. Brat autora, wraz z przyjacielem, znalazł zatrudnienie w warsztacie naprawiającym pojazdy mechaniczne i sprzęt elektroenergetyczny. Inny "punkt usługowy" specjalizował się w naprawie radioodbiorników. Zenek J. uzyskał zatrudnienie w Katedrze Fizyki PG, a następnie "załatwił" miejsce pracy dla brata autora. Talent techniczny brata został doceniony przez jego przełożonego, który uzyskał zgodę na zatrudnienie także i dla autora.

Wspomnienia niemieckich kolegów o dramatach przeżywanych przez niemiecką ludność w dniach wkroczenia wojsk sowieckich do Lęborka, w tym o samobójstwach popełnianych przez całe rodziny, ukazują się autorowi po latach w innym świetle. Wojenne dramaty, zarówno polskie, jak i innych narodowości, wpłynęły na jego zainteresowania historią najnowszą. Tytuł "Krvava Kobasica" nadany przez księdza Barckowa, niegdysiejszego mieszkańca Lauenburga (Lęborka), swoim wspomnieniom z ostatnich dni Lęborka jako miasta niemieckiego i z pierwszych dni po zajęciu tego miasta przez czerwonoarmistów, sugeruje, że historia ta jest bogata w dramatyczne wydarzenia. Fragment relacji niemieckiego księdza opisuje atmosferę paniki w mieście w obliczu zbliżających się wojsk sowieckich.

Tagi: #hydraulik #stanislaw #grzesiuk

Comments are closed.